Jak zerwałam z Jackiem Kerouaciem.

Dawno dawno temu, kiedy krzywiłam się przy pierwszych w moim życiu kroplach piwa, nosiłam martensy w 30 stopniowym upale i podobnie gorąco wzdychałam do pewnego gitarzysty Ktoś wcisnął mi w rękę W drodze i szepnął, że te słowa zawrócą w głowie i zawalą codzienność. Już kilka dni później, żyjąc bardziej w literach niż w dniach wiedziałam, że było to proroctwo. Stałam się wyznawczynią ŻyciaDrogi oraz oficjalną kobietą Jacka Kerouaca. Gdyby moje zdolności manualne wyrastały ponad poziom zerowy już dawno nosiłabym koszulkę z napisem Beatnic’s girl, a tak to pozostały mi wspomniane martensy, które pozwalały mi wierzyć, że taka własnie, bitnikowska, jestem.

Od lawiny gorących marzeń o stopie, tysiącach kochanków, dzikich dyskusjach przy bebopie, czasów kiedy plułam na budynek mojej szkoły (metaforycznie, byłam damą) i kiedy szelmowsko upijałam się dwoma kieliszkami wina w brudnych barach (mamo, przepraszam) minęło już sporo czasu. Nie spodziewałam się, że zobaczenie nowej książki o bitnikach dobrych kilka lat po Wielkiej Fascynacji wyprawi mi taki piękny bezdech. Z kolei mój portfel tylko wzdechł, ale książka była już moja. I tak, w innym mieście, w innych butach znowu zaczytałam się w amerykańskim nonkonformizmie zastanawiając się czy również moje marzenia stały się inne.

14619963_825709317569520_793687184_n

Z perwersyjną przyjemnością na nowo odkrywałam świat zadymionych barów, zakurzonych meksykańskich dróg, zakrzyczanych myśli, zakochanych ludzi. W głośniki wrócił mi Dizzy Gillespie, a ja jak szalona zakreślałam fragment po fragmencie robiąc długie didaskalia na marginesach białych kartek. Wierzyłam, że to mój wielki powrót do korzeni, ale strona za stroną odkrywała mi, że to nie do końca tak jak było kiedyś.

Allen i Jack szukali absolutu, ale jakiego, skoro poszukiwania kończyły się na pijackich obietnicach? Czemu Kerouac jest podróżnikiem legendą, skoro jeździł niechętnie, „do Paryża jechać mi się nie chcę, a Indii się boję„? Dlaczego chciałam być panną bitnika, skoro one najczęściej były zmuszane do siedzenia w domu lub po prostu były jedynie ładnymi błyskotkami do zdobycia na te trzy noce?

Pokolenie Beat Generation stworzyło sobie ładną, kuszącą otoczkę. Udawali, że intelektualizują, a tak naprawdę teorię znali dyletancko, pobieżnie. Medytowali szukając czegoś więcej niż życie, ale praktyki zarzucali szybciej niż przechylili kieliszek. Opiewali piękno kobiet i piękno namiętności kryjąc za tym bardzo dużą arogancję, a także smutny, pusty seks. Krytyka mnożyła się z każdym artykułem w mojej książce i choć lekko koloryzuje, bo nie chodziło dokładnie o to, żeby odebrać Pokoleniu jego rangę, to wszystkie te słowa zaczęły bombardować małą mnie we mnie dziś.

Czy faktycznie istnieje coś takiego jak banalny zwrot „ja już z tego wyrosłam„? Jestem za stara na umcaumcy w klubie, za stara na winojazzy, za stara na smutne manifesty rozwalające silne mury systemów? Za stara na ekscytacje, za stara na wzruszenia? Oczywiście, wciąż piszę z serca 20-latki, więc nie mam zamiaru się z tym zgodzić, pogodzić, zamknąć w klatce dojrzałości i z cyniczną pewnością siebie patrzeć z góry na licealistów, którzy podskakują z radości, bo idę wieczorem na wernisaż, podobno będzie szampan za free…

14695444_825128040960981_8383887669541798620_n

(to ja myśląca czy Bóg istnieje, gdzieś w Hiszpanii, #stillbeatgeneration)

Wręcz przeciwnie, wciąż płaczę nad Cohenem, wzruszam się Reginą Spektor, oglądam Godarda, słucham Patti Smith, chętnie będę skakać w pogo, chętnie upije się nad jazzem, nawet na tego szampana z okazji wernisażu będę się cieszyć.

I boje się, że moje dawne wzruszenia są wyższe niż wzruszenia jutra. Że fakt większego doświadczenia, obycia, rozszerzenia horyzontów paradoksalnie skradł mi trochę naiwności. Nie chcę być „za stara„, chcę być wystarczająco niewinna.

Ale aż pukam się w głowę, bo właśnie, analizując kolejny problem i przeżywając go od każdej strony, zjadając mojej współlokatorce połowę słoiczka z malinami (mam nadzieję, że tego nie przeczytasz!) i zapominając o praniu wstawionym jakieś 10 godzin temu stwierdzam, że nie muszę się obawiać nadmiernej dojrzałości.

Wiec teraz, ze spokojnym dziecka sumieniem wracam do mojej mądrej, teoretyzującej książki o straconych artystach. I chociaż nie marzę już o związku z Jackiem to chętnie wskoczyłabym mu do łóżka całowałabym go na drodze donikąd. Awansować z Kobiety w Kochankę, „dojrzałość” to jednak prawdziwe highway to hell!

Najlepszego dnia na świecie, niech gra Wam Dizzy.

with love, JS.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s