Przetrwać grudzień (part I)

tumblr_mxnkmmNNIa1rv4xz4o1_500
Grudzień, prócz grubych czerwonych Mikołajów w centrach handlowych, przynosi jeszcze coś tak samo przerażającego. Możecie próbować zgadywać… Popatrzcie przez okno. Szron na gałęziach, zamarznięte kałuże, białe chodniki. Pięknie? Otwórzcie okno. Brr.. Tak, chodzi mi o mróz!

Zawsze uważałam, że jestem perfekcyjnie odporna na grudniowe temperatury. Wiecie, ktoś sobie szedł obok mnie cały skulony i zmarznięty, a ja patrzyłam na niego zdziwiona, będąc w rozpiętym płaszczu, bez szalika, bez czapki, uśmiechnięta do tego zimna. Koszulki z napisem „i dont care about winter” mi tylko brakowało.

No ale w tym roku coś się musiało zmienić. Jakieś rewolucje, reformy, sama nie wiem. Wstaję rano, zachwycam się w duchu nad urokiem zimy i opatulona (opatulona, zaznaczam!) wybieram się na przystanek tramwajowy, a może lepiej byłoby napisać- wybieram się na walkę z mrozem. Warto dodać, że do przystanku mam trzy minuty. No więc biję chyba rekordy Guinessa w mówieniu na minutę „ale piździ”. Serio, codzienne praktyki czynią mistrza.
I gdzie się podziało moje ulubienie do szczypiącego policzki powietrza? Jak przetrwać zimę, bez ciągłych przekleństw? Bez ciągłego kataru? Bez drżenia całego ciała przy każdym powiewie wiatru? Dzisiaj dzielimy się z Wami naszymi sposobami na ocieplenie się w tych mroźnych miesiącach. Nie tylko takimi jak kupno ciepłego płaszcza, a nie jakiegoś wdzianka z Zara winter colecction (bo ciepła kurtka chyba jest oczywista i nie trzeba o tym pisać), ale przede wszystkich takich, które ocieplą Was w środku i sprawią, że będziecie się uśmiechać przez cały dzień.
1. Sweter
IMG_2825
Moje swetry nie wyglądają jak z najnowszych kolekcji, które atakują nas z wystaw sklepowych. Nie mają srebrzystej nitki, ani motywu reniferów. Nawet kroju szczególnego nie mają. Rękawy trochę za długie, w ogóle cały materiał rozciągnięty, kolor już z lekka sprany. No cóż… Fashionistką porą zimową może nie zostanę, ale wszystkie moje swetry szczerze KOCHAM. Na szkolnym korytarzu, w pubach, czy w parku dziwnym sposobem przeżywam dzień w cieniutkich koszulach i sukienkach. Za to w domu, choć jest w nim zdecydowanie cieplej, cała drżę, skarżę się, że zimno, rozkręcam kaloryfery na piątkę i dopóki nie założę na te swoje sukienki ciepłego swetra jestem bardzo niezadowolona. Ale kiedy jest już sweter, z ciepłem w sercu robię herbatę z cytryną, zamieniam się w uosobienie radości i rozpoczynam swoje dolce far niente. Choć wyglądam pewnie jak jedno z nieszczęść i topie się w tonie wełny to jestem najszczęśliwsza na świecie. Dlatego, podsumowując, sweter to podstawa!
2. Świeczki
IMG_2776
Kiedy cierpisz na deficyt codziennego piękna (co na przykład we wtorki jest powszechne, a w poniedziałki nieodłączne), polecam bardzo prostą czynność. Będziecie potrzebować tylko dwóch przedmiotów. Świeczki i zapałek. Wyciągacie zapałkę z pudełka, lekko pocieracie… Zresztą… Każdy z Was chyba wie jak zapalić świeczkę, gubię się już w tym co ludzie potrafią zrobić bez pomocy Internetu. Wybaczcie! Widzieliście filmik o tym jak wysuszyć włosy? Albo zjeść banana? Ale do rzeczy. Zapalcie sobie tę świeczkę i nacieszcie się widokiem płomienia, nienarzucającym się zapachem (wanilia i kawa wśród moich faworytów) i lekkim, przyjemnym ciepłem. Takie drobne rzeczy poprawiają mi nastrój i uśmiechają chwile. A kiedy już zbliża się godzina 00:00, moje oczy powoli się zamykają i decyduje się na zgaszenie światła to uwielbiam obserwować drgające płomienie, które rzucają cienie na ściany. Przestrzeń do marzeń otwiera się natychmiastowo. Ach… Taki kawałek romantyzmu. 😉
3. Koc
IMG_2820
Musicie wiedzieć, ze w domu jestem prawdziwą boginią kobiecości i elegancji. Za duży sweter (chyba mówiłam o tym kilka linijek wyżej), skarpetki, legginsy… Całość zwieńcza długi, efektowny koc. I to jest podstawowy element mojej stylizacji. Koc wszędzie. Koc zawsze. Czytam książkę koc jest za mną. Piszę do Was, koc na mnie. Jem śniadanie, koc na moich ramionach. Gram na pianinie, koc jest na nogach. Jak widać, nasza miłość jest bardzo namiętna i toksyczna, a nawet można tu mówić o jakiejś symbiozie. Myślę, ze przykrywanie się ciepłym, polarowym kocem jest dość oczywiste i nikomu nie muszę tego niesamowicie odkrywczego sposobu polecać, aczkolwiek chciałam złożyć szczególne podziękowania kocom za to, że są i pozwalają mi funkcjonować zimą. (P.S. kilka razy doszło do tego, że po ubraniu butów, płaszcza naturalnym odruchem nakładałam na siebie koc. Dopiero fakt, że coś mi się ciągnie po podłodze przypominał, że coś jest nie tak.)
4. Gra planszowa
DSC_0033
No to może nie jest rzecz, którą koniecznie musicie capnąć w momencie niespodziewanej wyprowadzki do Nowego Jorku. Tam znajdą się pewnie ciekawsze zajęcia (lodowisko na Manhattanie czy coś). ALE w razie śnieżycy czy napadu żony Ksawerego warto mieć ją przy sobie. Wszystkich szyderców proszę o ciszę, bo planszówki są ekstra i nie ma co żartować z fanatyków Chińczyka (ja preferuję Scrabble, jeszcze gorzej!). Tymczasem skupmy się na całym rytuale. Wyobraźmy sobie jakby wyglądamy za okno, drapiemy głupkowato w szybę – ściana śniegu. Masz ci los, nici z wieczornego okupowania miasta! Spuszczamy smętnie głowę i wracamy przed komputer. A tu nagle, niczym deus ex machina, pojawia się myśl (nieco wstydliwa – taka niemodna). Ruszamy w kierunku niebezpiecznie chwiejącej się góry kolorowych pudełek. Tyle możliwości! Grzybobranie, warcaby, bierki… Fuj, omijamy szerokim łukiem! To nie dla nas, skoro alternatywą jest kochany tumblrek. Jednak, moi drodzy, ja sięgam po Grę w życie albo Qwirkle, Cluedo czy Tabu i razem z całą rodziną naprawdę świetnie się bawimy. Może to specyfika mojego domu i jego ogromnych zapasów pionków wszelkiej wielkości i kształtów. Ale kiedy myślę „zima” to widzę nasz okrągły stół oświetlony pomarańczowym światłem, czuję woń herbaty i słyszę bardzo interesujące wtórowania głośników i naszych dziwnie podekscytowanych głosów. To ta miłość! A właśnie ten symbol nerdów, gra planszowa, sprawia, że może ją poczuć w zimny zamglony wieczór.
5.  Krem do rąk
DSC_0027
Powód, dla którego znalazł się tutaj KREM jest bardzo przyziemny i w sumie bardzo nieprzyjemny. Są nim moje aligatorze dłonie! -którymi pisałabym gdyby nie ON (tak tak, to wciąż mowa o kremie, jak na razie zero osobistych love story na wheremagu). Myślę, że nie jestem wyobcowana w tym problemie. Pierwsze mrozy atakują nasze biedne kończyny już w listopadzie, a wtedy nikt jeszcze nie pamięta znaczenia słów rękawiczka czy mufka (szok, ja poznałam je dzisiaj!). I to właśnie wtedy następuje: skóra postarza się o 60 lat w jeden dzień. Przykre, bo wcale nie chce się tak szybko na powrót odmłodzić. Wtedy wkraczamy z kosmetyczną armią, która często nie jest taka skuteczna jak nas przekonują szczeżuje (uhuhu) w reklamach. W zeszłym roku czciłam Bambino, w tym ukoronowałam Niveę, ale zawiodła. Wciąż szorstkie, a do tego czerwone -ugh. Wtem, przyszło wybawienie! Odwiedziłam stoisko ziaji i sięgnęłam po białą tubkę z serii zimowej, bo miała ładny ornamencik (straszna debilka ze mnie wychodzi w tych postach). Czytam: krem do rąk z ceramidami i koncentratem lipidowym , mhm… tak tak. Nie przedłużając: właśnie stoi obok mnie i patrzy czule. Pięknie pachnie i szybko leczy. Już stawiam mu kwiecisty ołtarzyk – mój mistrz.
c.d.n.
J&J
Advertisements

2 thoughts on “Przetrwać grudzień (part I)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s